Co by było gdyby zostanie geniuszem zbrodni było najlepszą ścieżką do zabezpieczenia przyszłości rodziny, zadbania o zdrowie – i leczenia kompleksów?

Co by było gdyby…zemsta była jedyną prawdziwie działającą formą leczenia traumy?

I co gdyby ceną za osiągnięcie artystycznej perfekcji było szaleństwo…i śmierć?

Myślenie a la „Co by było gdyby („What if”) to Bóg w świecie storytellingu (o czym już wspomniałem w poprzednim artykule) – ale tych powyższych tropów (z rewelacyjnych filmów i serialu) nikt normalny nie mógłby sklasyfikować jako coś specjalnie boskiego, zdrowego – czy właśnie normalnego.

A jednak…wszystkie miały boskie recenzje, masę nagród i co najmniej niezłe wyniki box-offisowe. Sekretny składnik je łączący? Fascynujący antybohater w centrum każdej z tych opowieści. Skomplikowana jednostka z obsesją, która niespecjalnie nagina się do reguł naszego świata…ba, nagina ten świat do tejże obsesji.

I przez to właśnie jest tak fascynująca…nawet – a może zwłaszcza – dla super-etycznych widzów, którzy przez moment gdybają, jak wyglądałoby ich życie, gdyby – tak na krótki, króciutki moment – zawiesili tę swoją etyczność (o tym fenomenie psychologicznym za chwilę…). Gdyby…zapomnieli o logicznych życiowych konsekwencjach i „sięgnęli po marzenia”.

Owszem, są przypadki opowieści o anty-bohaterach, które kończą się swoistym przewrotnym „happy-endem” (jeden z moich ulubionych przykładów to „Night crawler”), ale ponieważ wszystkie trzy scenariusze z wstępnego gdybania („Breaking bad”, „Promising Young woman” i „Black Swan”) są zbudowane na ewidentnym kłamstwie – a to ma ten sympatyczny zwyczaj dopadania kłamcy – opowieści o anty-bohaterach przypominają trochę obserwowanie „fascynującej” katastrofy.

Katastrofy, która ma spore szanse stać się równie fascynującym filmem/serialem…

To szósta impresja z cyklu „Bohater większy niż film” – i model powinien być jasny: piszę to przede wszystkim dla…innych piszących. Praktyków, którzy – tak jak ja – mają frajdę z podobnego analizowania historii. Bo to w końcu najlepsza nauka jak stać się jeszcze lepszym story-tellerem. By i kolejnej tradycji stało się zadość: omawiając wspomniane pozycje będę was beztrosko zarzucał spoilerami. Zwyczajowo starając się, by było to tak praktyczne jak tylko możliwe – tym razem podczas omawiania postaram się to zastosować w procesie tworzenia własnej anty-bohaterki.

Ale…od jakiejś tam odrobiny teorii przecież nie uciekniemy.

JAKAŚ TAM ODROBINA TEORII

Kim więc jest anty-bohater? Cytując powyższą książkę – łapcie tę najprostszą definicję:

Jak to robi? Racjonalizacja to jedno, ale widz – zwłaszcza na początku – potrzebuje silnych emocji dla procesu identyfikacji.

„Centralna postać opowieści (…) która pozbawiona jest konwencjonalnych heroicznych atrybutów.”

Z kolei John Truby – w jednej z mniej znanych w Polsce książek scenariopisarskich („The Anatomy of Story”) – tak zdefiniował przedmiot tego artykułu: 

„Antybohater nie jest pozbawiony kodeksu moralnego – „on” po prostu kieruje się własnym”.

Idąc jeszcze głębiej w psychologiczną „akademickość”: badania łączące teorię dyspozycji afektywnej i „moralnego wycofania się” (np. Janicke & Raney, 2015) pokazują, że fani identyfikują się z antybohaterami, zawieszając osąd moralny – zwłaszcza gdy emocjonalnie identyfikują się z motywami protagonistów – nawet jeśli ich działania są złe.

Ukochana przez filmoznawców koncepcja „cienia” Carla Junga mówi coś bardzo podobnego: że tłumimy ciemne strony naszej osobowości. I kiedy antybohaterowie uosabiają te cechy, zamieniają się w zwierciadło naszych własnych, wypartych impulsów – tym samym stając się szalenie atrakcyjnymi.

I jeszcze jedno: „Antybohater jest ucieleśnieniem tematycznego pola bitwy. Jest zarówno bohaterem, jak i antytematem, walczącym do zwycięstwa jednego z nich”. To z kolei z książek Williama Martella…jeszcze mniej znanego autora scenariopisarskiego-praktyka.

Według Martella każda historia ma temat (np. „przemoc deprawuje”) i anty-temat (np. „przemoc daje władzę”). Dwie konkurencyjne filozofie walczące o lepsze w głowie i sercu bohatera. Prosty trick, ale spójne używanie „metody tematycznej” daje masę narzędzi przy konstruowaniu opowieści.

A w wypadku anty-bohatera: każda taka opowieść zaczyna i kończy się na kłamstwie.

DYSKRETNY UROK RACJONALIZACJI

W teaserze pilota „Breaking Bad”, nasz pierwszy obiekt analizy – nazwany z przesadnie dosłowną ironiczną symboliką Walterem Whitem – stoi roztrzęsiony z pistoletem (za to bez spodni) i – po nagraniu pożegnania dla rodziny próbuje de facto popełnić samobójstwo – w konfrontacji z, jak sądzi, nadjeżdżającą policją.

Pewnie jeden z bardziej intrygujących teaserów/„cold openów” – od razu zanurza widzów w tym świecie i masie pytań ważniejszych niż „co się stało ze spodniami” (BTW, jest na to bardzo dobra, uhm, racjonalizacja). Jednak – z perspektywy całości historii – najciekawsze jest to, co mówi w tym pożegnaniu. Lekko skracając i parafrazując:

„Chciałbym, byście wiedzieli, że – cokolwiek się stanie – wszystko zrobiłem myśląc o was”

W „Felinie”, ostatnim odcinku „Breaking Bad”, jest nawiązanie do tej uwagi…swoiste tematyczne domknięcie tej historii. Walter White (a może raczej Heisenberg) spowiada się żonie i przyznaje:

„Wszystko co robiłem – robiłem dla siebie.”

To jedyny moment, gdy Walter zrzuca maskę racjonalizacji – jego prawdziwej tajnej broni. Bo owszem, chemia to megaważny skill wyjściowy (rzecz jasna, nie zgadzam się tu z Danielem Cavisi ze Story Maps, że definiujący), ale bez umiejętności błyskotliwego zracjonalizowania praktycznie wszystkiego nigdy nie zaszedłby tak daleko.

I nie zniszczyłby życia wszystkim dokoła.

Jak wspominałem już dwa razy: kłamstwo i maski to podstawa zrozumienia anty-bohatera.

Jako skrótowy impresyjny przerywnik – tak Waltera czyta ekspertka z FBI (bardzo podoba mi się inna angielska definicja racjonalizatora: „justifier”):

Ale każdy bohater z prawdziwego zdarzenia, anty czy pro, potrzebuje też zmiany. I łącząc to z moją ukochaną metodą tematyczną: w scenie, która zdradza temat filmu (BTW, lekcje/wykłady aż się proszą, by być takim oczywistym – acz przez kontekstową dosłowność – ironicznie nieoczywistym momentem), Walter mówi swym uczniom: „Chemia to nie badanie materii. To badanie zmiany.”

Rzecz jasna jest to zapowiedź jego transformacji – którą Vince Gilligan, twórca serialu otwarcie
zainspirowany „Rodziną Soprano”, zdefiniował jako cały koncept serialu: „OD MR. CHIPSA DO SCARFACE’A” (jeśli odniesienia kulturowe są nieczytelne: od nieudolnego poczciwca do bezwzględnego mistrza zbrodni).

Dodając: „Chciałem stworzyć postać, która zaczyna jako ofiara systemu, ale powoli zamienia się w potwora – i nadal trzyma publiczność po swojej stronie.”

I wracając do teorii dyspozycji afektywnej i emocjonalnej identyfikacji z motywami protagonistów: Vince robi nam z mechanizmów identyfikacji istny masterclass na przestrzeni pilota.

Nie dość, że poznajemy Waltera w dniu, gdy kończy 40 lat (i to w ewidentnie kiepskiej, „pokasłującej” formie), jedzie do znienawidzonej pracy w szkole rozpadającym się samochodem – to jeszcze ta praca to za mało, by utrzymać rodzinę…musi dorabiać na myjni. Z czego zresztą kpią ci sami uczniowie, którzy w szkole niespecjalnie go szanowali. By dopełnić czarę goryczy – ma też niepełnosprawnego syna (z którego też kpią inni), drugie dziecko w drodze…i dowiaduje się o swoim nieuleczalnym raku.

Hej, jeśli nie zaczęliście kibicować komuś z takim dniem – prawdopodobnie jesteście socjopatami (albo i gorzej: scenarzystą, którego już nic nie bawi, bo rozpoznaje wszystkie identyfikacyjne/narracyjne sztuczki twórcy, który zechce nam za chwilę podstawić nogę).

Podsumujmy: nasz „jeszcze” całkiem sympatyczny bohater (jeszcze też White) został – na przestrzeni jednego dnia – na każdym życiowym poziomie upokorzony (ach, wspominałem o problemach z erekcją?) – a potem, na dokładkę, dowiedział się, że to życie bardzo szybko się skończy.

Emocjonalnie – twórca ma już („normalnego”) widza w garści. To świetny moment by, cała na biało, wjechała teraz racjonalizacja.

Trzeba w końcu jakoś zabezpieczyć byt swej rodziny. A przecież tak się składa, że szwagier z DEA pokazał mu, ile zarabiają producenci narkotyków. Ba, zabrał go nawet na nalot…podczas którego Walter zauważył uciekającego z miejsca zbrodni swego dawnego ucznia.

Idealny „partner in crime”. W sensie: gdyby nasz Walt był zdolny go zaszantażować i zorganizować biznes narkotykowy. Ale Walter – dzięki swej supermocy: racjonalizacji – przecież okazuje się być zdolny do wszystkiego.

I jak z każdym solidnie skonstruowanym serialem z antybohaterem na pierwszym planie (inny świetny przykład z mych ukochanych: „The Shield”): z sezonu na sezon coraz głębiej toniemy w piekle, które sam stworzył sobie i najbliższym. I każdy taki sezon nabiera nowych niuansów…stając się coraz lepszą historią.

Fascynująca katastrofa (która jest w ścisłej topce najlepiej ocenianych i uwielbianych seriali wszechczasów).

I tak na koniec, zanim przejdziemy do „praktycznej części” – kolejny dowód, jak konsekwentnie i wyrafinowanie przemyślana była wizja bohatera i jego upadku. „Ozymandias”, najlepiej oceniany odcinek „Breaking Bad” (i chyba wciąż: w historii telewizji), gdy Walter traci złudzenie kontroli (i szwagra…) to dosłowne odniesienie do wiersza Shelleya o nieuchronnym upadku nawet najpotężniejszych przywódców…co symbolizowało słynne ujęcie upadku pomnika Ozymandiasa.

Niektórzy – nie ja… – mogliby to uznać za nieco pretensjonalne, ale Bryan Cranston, odtwórca Waltera White’a, nawet odczytał ten wiersz w promo tego odcinka.

Okej. To seria głównie dla praktyków, więc…jako praktyczne ćwiczenie scenariopisarskie: spróbujcie pomyśleć, jak brzmiałby „monolog racjonalizacyjny” Waltera (albo innego z Waszych ulubionych anty-bohaterów), w którym tłumaczy swoją filozofię życiową przez pryzmat doświadczeń i obserwacji świata. Coś w stylu popularnej techniki „Dzienniczka”: czegoś, co pokazałem przy okazji „Misery” w poprzednim artykule o czarnych charakterach.

Jedna z najlepszych – i coraz cześciej używanych nawet w Polsce – technik scenariopisarskich…wytrych nie tylko do głowy (anty)bohatera, ale też tematu, który ułatwi wam prowadzenie Waszej opowieści.

Jasne, duuużo łatwiej to zrobić znając już całą historię – dlatego, jako spontaniczny przykład, pomyślałem, że byłoby dużo ciekawiej/praktyczniej, gdybym stworzył właśnie pierwszy draft takiego monologu dla wspomnianej we wstepie poglądowej postaci anty-bohaterki. By trzymać się konwencji – spróbujmy się dopasować się do chyba zawsze działającego wzorca a la Breaking Bad/Ozark/Weeds/Good girls… czyli: „tzw. normalny obywatel staje się zaskakująco dobrym przestępcą/mistrzem zbrodni”.

So. Ogólny, jeszcze mocno chaotyczny koncept o roboczym tytule „Moderatorka”: „Matylda, moderatorka zatrudniona przez zewnętrzną firmę kontrolującą media społecznościowe (backstory: jej młodsza siostra, ofiara hejtu, popełniła samobójstwo), dzięki swym hackerskim umiejętnościom tworzy ruch internetowych (i nie tylko…) mścicieli, którzy tropią hejterów – ale też fermy trolli – i wykrywają nawet intrygi obcych wywiadów. Z czasem jej usługi, nowatorskie aplikacje i „armia cieni” stają się cenne dla różnych interesantów/rządów…co sprytnie wykorzystuje – stopniowo z moderatorki stając się kreatorką rzeczywistości, w której bezwzględnie eliminuje przeciwników – nie tylko tych „mrocznych.”

Jak w „Breaking Bad” – z sezonu na sezon stawka (i mrok w bohaterce) powinna rosnąć. W pierwszym celem może być grupa inceli (która mogła mieć coś wspólnego z śmiercią jej siostry?), w drugim ferma trolli finansowana przez FSB, w trzecim spisek terrorystyczny, któremu zapobiega… po drodze zyskując coraz większe wpływy. Może przejmuje firmę/korpo, w której pracowała? Może dostaje kontrakty rządowe jako główna specjalistka od walki z fermami trolli? Fajnie też, gdyby każdy sezon brał pod lupę jakieś z palących zjawisk społecznych, które nas dzielą (jak dziś, hello, imigracja).

Na razie mam tu bardzo niewiele (again, to tylko przykład na potrzeby artykułu). Ale…czuję też ten dreszczyk znajomy wszystkim piszącym, że mam potencjał na fascynującą bohaterkę, która ma potencjał tematycznego wejścia w coś, czym żyje większość ludzi/widzów.

Spróbujmy jednak poznać Matyldę ciut lepiej…wchodząc jej w głowę w tym „monologu racjonalizacyjnym”:

Nie, nie robię tego dla siebie. Nie chodzi o władzę, czy fejm. Ani tym bardziej jakąś tam karierę. Gdybym tego chciała – skończyłabym w pieprzonej Dolinie Krzemowej…w końcu proponowano mi tam staż na studiach – studiach, których oczywiście nie skończyłam. Bo jak wszystko: proponowały tylko jedno wielkie żenująco oślizgłe kłamstwo.

So…Nope.

Robię to dla tych, których nikt nie słyszy. Dla dziewczyn, które – jak moją siostrę – zaszczuto w internecie i życiu tak, że odebranie sobie życia uznała jako jedyne sensowne wyjście…

Dla innego chłopaka, który się powiesił… bo stał się memem na TikToku. O którym wszyscy powiedzieli, że po prostu był za słaby na ten świat – skoro nie dał se rady nawet z netem.

Ale teraz…teraz, moi drodzy, wszystko zaczyna i kończy się w internecie. Wybory życiowe. Emocjonalne. Polityczne. To tu rodzi się i umiera wszystko. Ale przecież głównie umiera…

Powiedzmy sobie szczerze: internet to cmentarz. I to taki z rekordową ilością hien cmentarnych…

I jakoś nikt inny nie ma odwagi, środków…czy nawet chęci…by go skutecznie posprzątać. Wszystko jest grą pozorów: byleby tylko nie przeszkadzać korporacjom i politykom. Którzy zawsze znajdą ładne słowa, by zracjonalizować, czemu po prostu musi pozostać źle.

A ja..ja rzygam tymi ich ładnymi słowami… I skoro nikt nie chciał dać mi działających narzędzi – zbudowałam je sama. Tak jak moją superlojalną armię cieni.

Miałam być moderatorką, tak? Okej. Będę nią.

Będę moderować. Będę sprzątać. Systemowo. I bezwględnie.

I będę to robić coraz lepiej – z coraz większą armią…rekrutowaną nawet wśród twoich znajomych (ten nieśmiały dzieciak sąsiadów, z którego się nabijasz? Na twoim miejscu zaczęłabym się mu kłaniać) …i środków – w tym rządów i korporacji, które myślą, że „robię dla nich”.

A jeśli ktoś boi się tego, co robię…przepraszam.

(pauza)

Hah, kiepski żarcik. Dawno przestałam przepraszać.

A ty…skoro się mnie boisz – pewnie masz coś do ukrycia. I jeśli tak właśnie jest…mam dla ciebie złe wieści: niebawem będziesz na naszym celowniku. A jeśli jeszcze nie zacząłeś się bać…na co czekasz, skarbie?”

Trauma jako tożsamość, czyli w dobie „Me Too” nie każdy mściciel wygląda jak Jason Statham

Ktoś mógłby powiedzieć, że – będąc drobną kobietą – udawanie totalnie pijanej po to, by zostać zabraną do jam seksualnych drapieżników (głównie tych udających fajnych facetów) – i tam zrzucić tę maskę ofiary w nadziei, że stanie się wyrzutem sumienia tychże „fajnych facetów” jest, uhm, średnio rozsądne. Ktoś mógłby nawet użyć dużo dosadniejszych słów. Dodając może coś z klasyki złotych rad dla osób z chroniczną depresją: „Weź się w garść/Ogarnij się!/Każdemu przytrafiają się złe rzeczy/Wyhoduj se może twardszą skórę, co…?”

Ktoś mógłby też przy tym znacząco wywrócić oczami.

Tym kimś mógłby być np. czarny charakter historii, którą zaraz omówimy…tyle, że przecież dziś skupiamy się na antybohaterach. Cassie, bohaterkę „Obiecującej. Młodej. Kobiety”, poznajemy dokładnie podczas wspomnianej imprezowej zagrywki. I ta misja dawania nauczki drapieżnikom oczywiście istnieje…ale jest tylko częścią dużo smutniejszej układanki. Za tym wszystkim stoi bowiem trauma spowodowana samobójczą śmiercią Niny, najlepszej przyjaciółki Cassie po gwałcie, który został zamieciony pod dywanik. A samo zachowanie Cassie ma dużo bardziej dramatyczną podszewkę: to też swoisty mechanizm obronny/terapeutyczny – tzw. trauma reenactment syndrom. Czy odtwarzanie traumatycznego wydarzenia – w którym tym razem nie jesteśmy ofiarami…tym razem to my mamy kontrolę.

Śmierć Niny wywróciła życie Cassie – niegdyś przecież tak „obiecującej młodej kobiety” – do góry nogami. Totalnie też zmieniła spojrzenie na świat i sens przyszłości. Prestiżowe – i symboliczne? – studia medyczne uznała nagle za coś właściwie bez sensu…jakby…prawdziwe leczenie powinno odbywać się…inaczej.

Tutaj drobne wyznanie: byłem psycho-fanem projektu „Promising Young Woman”, od kiedy – jeszcze jako scenariusz – skończył w 2019 na szóstym miejscu słynnej amerykańskiej scenariuszowej Black List. Błyskotliwa obserwacja zapisu i przewrotne dialogi były iście hipnotyczne – a Cassie, antybohaterka tragicznie rozdarta między rom-comem a dreszczowcem, między potrzebą bliskości i dania nauczki światu zamiatającym ofiary pod dywanik wydała mi się tak paradoksalnie prawdziwa. Sam film zaś, zwodniczo ukrywający za pastelami z życia grzecznych dziewczynek cyniczny mrok tych, którzy zawiadują tym światem, dał tej historii perfekcyjne wizualne dopełnienie.

No właśnie…witajcie w XXI wieku: niewiele rzeczy trzyma się jednego „gatunku” czy ma tradycyjny sens – a i sama tradycja stała się głównym źródłem toksyczności. Dawni mściciele rodem z kina akcji lat 90-tych? Dziś byliby twarzami męskiej patologii, którymi mamy straszą swe córeczki…uosobieniem wszystkiego, co „PRAWDZIWY…prawdziwy facet” powinien unikać.

Ale Cassie widzi więcej niż te mamusie: dziś klasyczni macho w żonobijkach to totalni, żenujący amatorzy z najsłabszej ligi toksyczności. Ci prawdziwie groźni to właśnie klasyczni milusińscy a la Prince Charming. Wykształceni, urokliwie błyskotliwi, sympatyczni panowie z uprzywilejowanych rodzin. Ci, którzy będą twoim lekarzem, doradcą finansowym…czy kandydatem politycznym. Albo facetami z omawianej właśnie historii…

Emerald Fennell, autorka tego oscarowego scenariusza, inspirowała się realnymi przykładami uprzywilejowanych drapieżników – i własną frustracją, gdy obserwowała ich bezkarność. Jasne, było kilka medialnych przykładów kary, ale, tak statystycznie, to totalne wyjątki. I takie „cancel culture” – zamiast moralnie zmieniać świat – błyskawicznie stało się po prostu jego organiczną i nader często cynicznie wykorzystywaną częścią. Oryginalny tytuł tej historii to Take Care”…”wspierające” słowa, które słyszą ofiary przemocy seksualnej.

I jak tu w takim świecie nie zostać anty-bohaterką?

W tym podrozdziale przyjrzyjmy się więc bliżej Cassie: dziwnie logicznej odpowiedzi na te czasy. Kobiecie, która porzuciła normalność i przyszłość – przyjmując traumę/zemstę jako nową tożsamość. I by jeszcze bardziej nam pokazać w jak absurdalnie pogmatwanych czasach żyjemy: Emerald Fennell przyjęła miłość jako główną komplikację tej fabuły.

Jakie więc praktyczne lekcje/tricki możemy wyciągnąć z „Promising Young Woman” w budowaniu fascynująco zniuansowanej bohaterki?

Jak wspominaliśmy: Cassie jest motywowana przez „ranę” z przeszłości: śmierć najlepszej przyjaciółki. Ale może jeszcze bardziej – reakcję świata na tę śmierć…a właściwie jej brak.

Tak jak Waltera White’a motywowało tak naprawdę głębokie poczucie niesprawiedliwości świata i przekonanie, że zasłużył na dużo więcej – tak Cassie, różniąc się od Waltera wszystkim, podziela to pierwsze poczucie o głębokiej niesprawiedliwości. Ale nie manifestuje tego w tak diabolicznie zracjonalizowany, poukładany sposób – jest postacią w fascynujący sposób pękniętą i ludzką.

By oddać głos autorce: „Cassie jest całkowicie w sidłach swej traumy… często nie wie, co zrobi dalej… wie za to, że kiedy w końcu spojrzy prosto w oczy prawdziwej przyczynie swojego bólu, nie będzie w stanie dłużej kontrolować swych emocji i zupełnie się rozsypie.”

Więc – zdając sobie sprawę z tej kruchości – potrzebuje jakiegoś systemu. Rytuałów. Planu. Tak, tym planem może (powinna?) być miłość…i przez moment wydaje się, że tak właśnie będzie. W końcu po latach wpada na Ryana, swego dawnego znajomego i zaczyna między nimi iskrzeć…ba, opuszcza gardę i pozwala się sobie w nim zakochać.

Ale w jej myślach od dawna kiełkuje też inny, mroczniejszy plan. Który tylko czeka, by znów zainfekować jej umysł.

Gdy Ryan jej mówi o nadchodzącym ślubie Ala, gwałciciela Niny i głównego winowajcy za jej śmiercią – aura beztroskiego rom-comu wyparowuje z głowy zszokowanej Cassie, która na moment przecież zepchnęła traumatyczną przeszłość w niepamięć. Od tej pory te dwie strony Cassie będą się ścierać i próbować współistnieć: aż przed puentą wygra ta mroczniejsza.

Gdy wątek miłosny schodzi na drugi plan, w umyśle Cassie zaczyna się krystalizować ten drugi plan. I jest dużo kreatywniejszy i bezwględny niż wywoływanie wyrzutów sumienia u randomowych gości na imprezach. Potrafi wpędzić w panikę Madison, teraz szczęśliwie zamężną dawną koleżankę, która umniejsza wagę tego, co „chłopaki” zrobili Ninie („wszyscy kiedyś byliśmy młodzi”). Cassie odurza ją i wynajmuje kogoś, kto stwarza wrażenie, że do „czegoś” między nimi doszło – chcąc, by ta poczuła się jak niegdyś Nina.

Jeszcze bardziej makiaweliczny krok robi konfrontując się z dziekan Uniwersytetu, która „uniewinniła” Ala i wyciszyła sprawę (bo po co niszczyć „obiecującemu młodemu mężczyźnie” przyszłość nie do końca jasnymi pomówieniami? Z tymi „gwałtami” to nigdy do końca nie wiadomo, wie pani…). Cassie po chwili słuchania racjonalizacji dziekan mówi przerażonej urzędniczce, że podrzuciła jej córkę na imprezę do internatu…podobną do tej, gdzie doszło do gwałtu na Ninie.

Mimo tych wszystkich zagrywek, dwie Cassie wciąż się ścierają o lepsze i ta wierząca w miłość jeszcze umie o nią walczyć. To się jednak kończy, gdy Madison puszcza jej filmik z molestowania Niny…na którym jest rozbawiony Ryan. Rom-com się definitywnie skończył i na placu boju zostaje tylko jedna Cassie.

Skupiona już tylko na doprowadzeniu planu zemsty do logicznego końca: pozując jako striptizerka (przebrana jako seksowna pielęgniarka – hej, trza dbać o męskie fantazje…ale dla mnie to też chytre odniesienie do jej porzuconych studiów) na wieczorze kawalerskim Ala – upija wszystkich na imprezie, przykuwa go do łóżka i próbuje skalpelem wyciąć na jego ciele imię „Nina”.

Tak by – skoro wszyscy już o niej wygodnie zapomnieli, albo zracjonalizowali jej śmierć – jej imię symbolicznie na zawsze na nim zostało.

Zanim jednak spróbuje to zrobić – słyszymy jedną z najbardziej sugestywnych i prawdziwych obserwacji dotyczących konsekwencji gwałtu/zawłaszczenia w historii kina:

By dodać tematycznej goryczy i jeszcze bardziej podbić ten wątek tragicznej niesprawiedliwości świata – Al uwalnia się, dusi Cassie a potem z przyjaciółmi – od czego się ich ma? Zresztą, to przecież jej wina, czego nie omieszkał wysyczeć dusząc ją – równie kreatywnie co makabrycznie zaciera ślady.

Cassie przecież jednak poznała ten świat na wskroś…i była przygotowana na taki scenariusz. Informacje zostawione u prawnika prowadzą policję na właściwy trop…a nagrana i odroczona wiadomość od Cassie (podpisana też w imieniu Niny) dociera do winnych…na weselu Ala – troszkę je komplikując. Hej, „Kill Billa” pobić tu raczej nie można, ale to zdecydowanie jedno z najgorszych wesel na jakich „byłem”.

Poetycka sprawiedliwość w słodko-gorzkim zakończeniu? Raczej coś rodem z greckiej tragedii – i przecież tak właśnie swoją opowieść i bohaterkę (hello, Cassie/Cassandra) widziała sama autorka.

PRAKTYKA: nawet jeśli siłą napędową antybohaterki jest zemsta – nie róbmy z niej Chucka Norrisa w spódnicy, tylko kogoś realnie potrzebującego ludzkiego ciepła. Kruchego. Niech ściera się w niej ta potrzeba bliskości – z tą zemsty.

Jak to odnieść do „Moderatorki”? Jedna rzecz jest chyba oczywista – śmierć jej zaszczutej młodszej siostry jest praktycznie kopią historii Niny. Ale w poprzednim podrozdziale skupialiśmy się na racjonalizacji a la mr. White…czas Matyldę nieco uczłowieczyć.

Jasne: rana po śmierci siostry już nam wiele daje, ale przecież chcemy dużo więcej. Tym bardziej, że ew. pogmatwane relacje sercowe można przewrotnie wykorzystać do generowania komplikacji fabularnych.

Logicznym wyborem więc jest stworzenie jednej – a najlepiej dwóch – takich postaci, które będą prowokować emocjonalne reakcje Matyldy. Dbając, by za szybko nie zmieniła się w jakiegoś Heisenberga.

By jeszcze bardziej ją skomplikować i otworzyć na emocje – niech będzie biseksualna.

Dwie postaci tak na szybko (i bardzo ciekaw jestem Waszych pomysłów…):

LENA

Wybitna śledcza Europolu od cyberprzestępczości, która zna Matyldę z dawnych czasów (i wciąż mają kontakt zawodowy). Piekielnie inteligentna, moralnie niepokorna…i gotowa zrobić wszystko dla ukochanej osoby. Ale nie chcesz być na jej celowniku…zwłaszcza jeśli złamiesz jej serce. Matylda to jednak miłość jej życia – więc może też starać się ją ocalić (ryzykując karierę) – a dodatkowo odrzucona…well, patrz: poprzednie zdanie.

DAMIAN

Neurotyczny genialny hacker i analityk AI, który tworzy narzędzia do predykcji zachowań. Prawa ręka Matyldy w tworzeniu ujednoliconego systemu kontroli treści i tropienia groźnych treści. Sam pochodzi z patologicznej rodziny i też stracił młodszą siostrę (razem z rodzicami)…widzi cały świat jako wysublimowany system – i chętnie pozbędzie się jego błędów. Z Matyldą przyciągają się wzajemnie przez swój ból i wspólną obsesję.

I by bardziej pobawić się rolami tych postaci drugoplanowych – niechaj będą płynne (wspominałem o tym przy okazji Hannibala Lectera w ostatnim artykule): przechodząc między „love interests” a antagonistami. Lena może być główną śledczą na tropie Matyldy, gdy ta przekroczy pewne granice. Damian zaś z głównego partnera-pomocnika w armii cieni może się stać jednym z jej głównych konkurentów w budowaniu „internetowego mocarstwa cieni”.

Na ten moment – przynajmniej na papierze – ten czynnik ludzki, dający Matyldzie nadzieję na normalność i ciepło – bardziej wydaje się spełniać Lena…ale Damian może przecież okazać się arcymistrzem manipulacji emocjonalnej (i przez podobny background – umiejętnie grać na jej uczuciach).

Okej, tyle moich pisanych na kolanie sugestii – kluczem jest, by takie postaci (na różne sposoby…) ściągały na ziemię naszą postać na misji – „rozpraszały” ją nieprzepracowanymi emocjami, czy po prostu wizją „normalnego”, ludzkiego szczęścia. Again, chętnie posłucham Waszych typów (i krytyki moich;p)

I jeszcze jedno. Nigdy za dużo analizowania/myślenia o „Promising young woman” – a tak się składa, że autor tej strony też niegdyś napisał o niej artykuł:

Jak to jest napisane? #8 – „Obiecująca. Młoda. Kobieta”

Jak stać się ideałem (i stracić wszystko)

Dążenie do perfekcji – czy coraz większej władzy – to potężny narkotyk…i droga, która bardzo rzadko kończy się happy endem. Widzieliśmy to już na przykładzie Waltera White’a…ale częścią przewrotnego uroku „Breaking Bad” jest, że jego prawdziwa motywacja była totalnie toksyczna.

Co jednak jeśli naszym celem, drodzy filmowcy, nie jest imperium narkotykowe, tylko…doskonałość w sztuce? Ile byście za to oddali? Owszem, udana kariera w sztuce to duuużo więcej niż sam talent czy poświęcenie – umiejętny networking, zmysł biznesowy, harmonijna praca z ludźmi i utrzymywanie z nimi konstruktywnych kontaktów jest właściwie tak samo ważne. Ale jednak…hej, każdy chciał być kiedyś Kubrickiem, Michałem Aniołem, czy nawet Zenkiem Martyniukiem.

A Nina (tak, znowu to imię) Seyers…cóż, ona chciała być baleriną idealną.

Darren Aronofsky – jeden z najciekawszych reżyserów tego wieku (też z najciekawszymi obsesjami artystycznymi…) przyznał się, że zaprojektował „Czarnego łabędzia” jako „horror ukrywający się za maską ambicji”.

Toksyczna ambicja w świecie balerin może brzmieć cokolwiek absurdalnie…ale tylko jeśli ktoś nie poświęcił sekundy, by to przemyśleć. Koncept treningu i tańca balerin na najwyższym poziomie – i cały tego sztafaż jak choćby to, że balleriny są fanatycznie uczone obsesji sprawdzania swych odbić – aż się prosi o horror.

I Darren go nam dał – jeden z najbardziej fascynujących w ostatnich dekadach – ubierając go dodatkowo w szacowne szaty najbardziej wysublimowanej/snobistycznej tradycji kulturalnej.

Biały i Czarny Łabędź (idealna horrorowa dualność perfekcyjnie powiązane z tematem) urodziły się w słynnym balecie Czajkowskiego z 1877 roku pt. „Jezioro łabędzie.” Odette jest zaczarowanym „Białym Łabędziem”, księżniczką zamienioną w łabędzia przez klątwę czarownika. I tylko prawdziwa miłość może ją uwolnić. Odile z kolei to „Czarny Łabędź”, córka czarownika – która zostaje wysłana, aby uwieść księcia Zygfryda i skłonić go do złamania przysięgi złożonej Odette.

I chociaż pierwotnie były to dwie różne postacie, w większości współczesnych inscenizacji jedna balerina tańczy obie role, podkreślając rozdwojenie kobiecości i jaźni.

Odette zatem uosabia wrażliwość – a Odile siłę. I kobieta, która je tańczy, musi uosabiać obie te cechy. Na tym polega tragedia.

Tragedia, czy nie – jest to też główne (horrorowe do szpiku kości) zadanie Niny. I przecież zrobi wszystko, by było wykonane perfekcyjnie.

Niektórzy – w tym narrator powyższego klipu – widzą ten film jako metaforę utraty niewinności. Ale, hej…pamiętajmy, że to przede wszystkim horror. Pójdźmy więc krok dalej, drogi narratorze.

Chyba ulubionym – a na pewno najbardziej lukratywnym – motywem horrorowym jest opętanie. Sztuka jako demon? Hej, mi się ten motyw mega podoba…Nina, jak wspominaliśmy, jest opętana wizją perfekcji – i dostaje na nią szansę, gdy reżyser wybiera ją do ścisłej czołówki balerin rozważanych do roli.

Jedyny problem? Za bardzo się stara być doskonała…a ponoć kluczem jest spontaniczne porzucenie swej dawnej tożsamości (taaak, recepta rodem z podgatunku „horror of personality”).

Tak naprawdę jest jeszcze jeden problem – logiczny, biorąc pod uwagę chorobliwą konkurencję w tej odnodze sztuki – i nazywa się Lily. Inna balerina, którą reżyser jest zachwycony („Ona niczego nie udaje!”) i ściągnął do zespołu (i która symbolicznie wchodzi podczas tańca Niny: rozpraszając ją i psując układ).

Póki co jednak: wszystko idzie po myśli Niny…po „dość” toksycznej próbie – gdy reżyser ją całuje – Nina spontanicznie reaguje drapieżnością…gryząc go i w ten sposób zdobywając rolę.

Od tej pory (a właściwie już moment wcześniej, gdy Nina mija swoją sobowtórkę) widzimy całe dobrodziejstwo inwentarza horrorowego związanego z rozpadającą się osobowością: od tajemniczych zadrapań przez zmieniające się odbicia w lustrze, dom-więzienie rodem z „Carrie” i dominującą matką – po czarne pióra wyrastające z kręgosłupa. Non stop też jest zawłaszczona przez spojrzenia innych – mamy, reżysera i Lily.

Transformacja Niny w Czarnym Łabędziu to wspomniana wcześniej „fascynująca katastrofa”, od której nie możemy oderwać wzroku: powolna, bolesna erozja granic między rzeczywistością a halucynacją — między perfekcją a obłędem. Jej obsesja na punkcie roli Odette i Odile staje się autodestrukcyjnym rytuałem, który odciska się nie tylko na psychice, ale (jak to w body horrorze) i na ciele. Już od pierwszej sceny, gdy z nerwów obgryza skórki wokół paznokci, jej ciało zaczyna manifestować bunt… przez wysypki, rany, aż po wyraźne, nadprzyrodzone zmiany: wspomniane wyrastające pióra, łamiący się kręgosłup, czerwone oczy rodem z historii o opętaniu.

Obowiązkowe lustra – wszechobecne w filmie – przestają być narzędziem odbicia, a stają się świadkami rozdwojenia jaźni. Nina widzi w nich siebie…i nie tylko. Z czasem rzeczywistość i fantasmagoria mieszają się już totalnie…jak w scenie, w której „walczy” z Lily (a raczej z własną wyobrażoną wersją Lily) i „zabija” ją, by następnie odkryć, że tak naprawdę ugodziła samą siebie.

Jej relacja z matką, opresyjnie opiekuńczą, zamyka ją w dziecięcym pokoju pełnym różowych maskotek i infantylnych tapet…i cały ten dom przypomina trumienkę z waty cukrowej. Nina nie żyje własnym życiem, lecz ciągle stara się spełniać oczekiwania innych – manipulującego (w imię sztuki ofkoz) Thomasa, matki, publiczności. Ale żeby zatańczyć Czarnego Łabędzia – jak non stop wbija jej do głowy Thomas – musi się „przełamać”. Stać się bezwzględna, uwodzicielska, dzika.

I na scenie, w ostatnim akcie baletu, faktycznie już nie gra Odile — staje się nią. Kamera krąży wokół niej jak w transie, a pióra wyrastające z jej ramion są już nie metaforą, ale „faktem” w jej postrzeganiu.

Kiedy spektakl dobiega końca, Nina leży na scenie: zakrwawiona i konająca – ale w końcu „spełniona”. Jej szept „Byłam doskonała” to bardziej epitafium niż triumf. Perfekcja została osiągnięta…ale ceną było wszystko.

Owszem, można powiedzieć, że Nina nie jest antybohaterką w tradycyjnym sensie. Jest wynikiem programowania „dobrej” dziewczynki, która miała przyswajać wszystkie zasady, oczekiwania i uwagi, aż jej osobowość załamała się pod ciężarem wyidealizowanej kobiecości. Nina nie buntuje się, ona po prostu…rozpływa się w tej, uhm, „doskonałości”.

I nawet jeśli ten horror jest tematycznie metaforą tego, co świat robi z „dziewczynkami” (jest tu kilka ciekawych punktów zbieżnych z „Obiecującą. Młodą. Kobietą”) – a Nina jest bardziej perfekcyjnie manipulowaną ofiarą niż kimś ciekawie sprawczym…i tak przecież jest tu kilka bardzo praktycznych lekcji w budowaniu anty-bohaterów „pełną gębą”.

Skupmy się na dwóch.

Przede wszystkim obsesja. Wiadomo, pierwsza lekcja scenariopisarska brzmi: bohater bardzo musi czegoś chcieć – a okoliczności przyrody bardzo muszą mu w tym przeszkadzać.

Co jeśli to nie jest tylko chęć…a obsesja? Ekran uwielbia pasjonatów i ludzi chorobliwie wierzących w swą misję. Jasne, w normalnym życiu pewnie dostaliby łatki kilku jednostek chorobowych…ale w tej rubryce nie piszemy o mindfulness, czy kursach coachingowych. Skupiamy się na postaciach „większych niż film” i obsesja to jedna z lepszych przypraw w pichceniu takiej postaci. I jeśli to serial – jak w „Moderatorce” – mamy więcej przestrzeni do pokazywania, jak ta obsesja naprawiania świata wpływa na życie jej – i tych jej najbliższych. Może nawet zaczyna sobie uświadamiać, że to rodzaj uzależnienia…i ma momenty, gdy próbuje szukać jakiejś równowagi między misją o harmonijnym życiem? Zwłaszcza, gdy połączymy to z poprzednią lekcją „kruchości” i szukania ludzkiego ciepła.

I dwa: wizualność. Symbole transformacji i „talizmany” tematyczne…bo nie ma gatunku, który robiłby to lepiej niż horror. „Czarny łabędź” czerpał pełnymi garściami z sztafarzu różnych podgatunków horrorowych – i efekt jest iście hipnotyczny.

A jaki system talizmanów/motywów wizualnych (ale też przecież dźwiękowych) wydaje Wam się i logiczny i sugestywny dla Waszej antybohaterki i opowiadanej historii?

W przypadku Matyldy na pewno aż się prosi o inspirację klasycznym motywem lustra – ale tutaj w nowoczesnym wydaniu: jej odbicia w ekranie komputerowym, avatarach…deepfejkach. Jej transformacja oczywiście odbijałaby się też w jej ubiorze. Może „Armia Cieni” miałaby też jakiś dosłowny talizman? Który z czasem nabierałby dodatkowych podznaczeń – jak choćby motyw „kruka” z całym symbolicznym bogactwem w mitologiach…a może pająka – z też dość sugestywną i logiczną symboliką?

I wracając do luster-ekranów: w końcu nie tylko ona się gdzieś odbija…cyfrowa otchłań, w którą wsiąka musi też w końcu – nie tylko symbolicznie – odbijać się w/na niej. Literki, cyfry, avatary i symbole widzę jako obowiązkowy, stały leitmotif w „Moderatorce”:

Podsumowując tę już nieco przydługą impresję – tak naprawdę nie wiem, czy – praktycznie – wykorzystałbym wszystkie trzy omawiane historie jako inspirację do tej mojej hipotetycznej „Moderatorki”.

Wiem jednak to: tak jak z czarnymi charakterami, antybohaterowie mają tę magnetyczną siłę przyciągania i nie bez powodu królowali w tzw. złotym wieku telewizji. Według badań Netflixa z 2022 roku, postacie „moralnie niejednoznaczne” utrzymują uwagę widza średnio o 29% dłużej niż te „jednoznacznie dobre”.

Antybohaterowie nie tylko dawali filmowcom świetną oglądalność – i choćby nagrody za nietypowe wyzwania aktorskie – ale i zabierali widzów w rejony, o których ci tylko sekretnie marzyli…

Bo jak w „Czarnym Łabędziu”: antybohater to swoiste lustro z odbiciem cech i mroczniejszych wersji naszej osoby, które nader chętnie pójdą za nas tam, gdzie nam niespecjanie wypada…i będą się świetnie bawić grzesząc na tej drodze.

Jeszcze większy grzech? Nie rozważenie antybohatera w Waszej kolejnej historii…;)

Więcej o bohaterach możecie poczytać tutaj:

O Autorze:

Bartek Pietryka – Wykładowca filologii angielskiej, tłumacz i scenarzysta niekoniecznie w tej kolejności. Kilkukrotny finalista oraz półfinalista głównych ogólnopolskich konkursów scenopisarskich – Script Pro, Script Wars, Script Up oraz Trzy Korony (w tym wyróżnienie specjalne w 2015). Absolwent kursu “Serial Premium”(edycja 2018) organizowanego przez StoryLab i prowadzonego przez Macieja Kubickiego. Współautor scenariusza etiudy “Mów do mnie”(“Silent song”) w reżyserii Dóry László-Gulyás i scenarzysta kilku wideoklipów (w tym dla Tabu i Zeusa). Autor dwóch projektów zakwalifikowanych do drugiego etapu w Cyfrowej Strefie Twórców (w tym jedna opcja dla TFP i development dla TFP / Polsatu) oraz innych dwóch zakwalifikowanych na pitchingi podczas Kameralnego Lata (2018 i 2019). Zaproszony na konsultacje scenopisarskie w ramach festiwalu Off Camera 2019. Uczestnik programów TVN Discovery Talents i Canal+Series Lab. Scenarzysta i Script Doctor w Studio PRL.